Japonia w Krakowie

Tym razem zabieramy Was na krótki spacer po Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Aktualna wystawa nie epatuje efektownymi środkami wyrazu, za to pozostawia dużo miejsca i ciszy na uruchomienie wyobraźni a może przede wszystkim emocji. Prawdopodobnie to emocje są tutaj ważniejsze niż konkretna wiedza. A to, co tajemnicze, nie do końca zrozumiałe, zawsze działa na emocje. Jeśli budzi niepokój – tym lepiej, to niepokój twórczy.

Głównym motywem wystawy jest (japońska ale nie tylko) laleczka. Nieodłączny atrybut dziecka, ale czyżby zawsze niewinna i dobrotliwa? Chyba tylko pozornie, może właśnie dlatego zainspirowała niejednego twórcę filmu grozy. Może właśnie ten ładunek skrywanego niepokoju, który niesie ze sobą idealna, porcelanowa buzia z przyklejonym na stałe uśmiechem sprawia, że laleczkę podejrzewa się o podwójne życie i dwulicowość, kontakty z zaświatami, różne, czasem złowrogie wcielenia. Może właśnie dlatego z niewinnej laleczki wydobyć można więcej lęku i horroru niż z jakiegokolwiek straszydła, które natychmiast się kompromituje swoja odrażającą powierzchownością. Uważajmy więc, co dajemy dzieciom do zabawy, a każdemu misiowi zajrzyjmy najpierw głęboko w oczy;)

Zapraszamy na krótki filmik – impresję z wystawy:

Kuchenny wernisaż

Tytuł najnowszej wystawy czasowej zorganizowanej przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, oddział – Kamienica Hipolitów brzmi nieco prowokacyjnie dla współczesnej kobiety. „Kuchnia – królestwo pani domu” – czyżby kolejna próba zapędzenia płci pięknej tam, gdzie jej miejsce – do „garów”? A może raczej nobilitacja roli XIX-wiecznej pani domu, której kuchenne królowanie przypomina zarządzanie doskonale zorganizowanym przedsiębiorstwem, gdzie wszystko ma swój czas i swoje miejsce i służy słusznej i ważkiej sprawie? To chyba każdy widz sam powinien ocenić. Nie ulega wątpliwości, że przy okazji wizyty na Rynku Głównym i w Bazylice Mariackiej warto przejść ten kilkadziesiąt metrów i zaglądnąć do średniowiecznych piwnic Kamienicy Hipolitów, gdzie usadowiło się kuchenne królestwo.

Wystawa bazuje w dużej mierze na przedmiotach, które niejeden z nas być może widział kiedyś zapomniane w babcinym kredensie lub poniewierające się na strychu. Niestety, często takie stare przedmioty codziennego użytku – prawdziwe perełki o wartości „prawie muzealnej” – z etykietką „przestarzałe” lądują w koszu na śmieci. No bo akurat mają nieszczęście trafić na ten stosunkowo krótki czas, kiedy to już nie są modne, nie są użyteczne, nie są atrakcyjne, za to nie są tez jeszcze na tyle stare by właścicielowi żal było wyrzucić „zabytek”. No dobra, dość gadania, zapraszam na krótki reportaż z wernisażu.


Listopadowe klimaty w Krakowie

Tegoroczny listopad sprzyja zabijaniu czasu na Plantach, szwendaniu się bez celu po Rynku i zapuszczaniu na Kazimierz, a stąd już tylko krok do uroczego wieczoru w jednej z klimatycznych knajpek i baaardzo późnego powrotu do domu… No tak, już Wyspiański zauważył, że „listopad – dla Polaków niebezpieczna pora”…  Czasem niebezpieczna, bo nastraja melancholijnie, dolewa cmentarnej oliwy do ognia desperatów… Dla tych stąpających twardo po ziemi i mniej wrażliwych jedynym niebezpieczeństwem może być przeziębienie (w razie typowej listopadowej aury) lub właśnie zbyt długie snucie się po mieście w rozpieszczające pogodowo dni, jak te minione. W Krakowie nawet snucie się bez celu zawsze kończy się jakimś niespodziewanym łupem, takim, który zdawał się czekać na nas i mimochodem wabić, by zostać odnalezionym. O, jak choćby ten przypadkowo ustrzelony listopadowy zachód słońca na Plantach, z widokiem na ulicę Dunajewskiego:

Zachód słońca na Plantach

Zachód słońca na krakowskich Plantach

A na filmiku mogliście zobaczyć krótką migawkę z Dnia, a właściwie – Wieczoru Niepodległości w Krakowie, który jak co roku (od 2002 r.) ubarwił nam Kabaret Loch Camelot swoją pełną życia i dynamiki lekcją śpiewania, jak zwykle gromadząca tłumy. Tym razem znów powtarzaliśmy pieśni patriotyczne (lekcje organizowane są tez w inne święta, nawet w Dzień Zakochanych 14 lutego) i aż dziw bierze, że tylu zebranych na płycie Rynku Głównego ludzi z takim zapałem śpiewało choćby „Pałacyk Michla” – jak to słychać w filmiku. Niewątpliwie ułatwieniem były darmowe śpiewniki, które z pewnością zatuszowały brak znajomości kolejnych zwrotek pieśni u niejednego, w każdym razie efekt był rozgrzewający w ten – bądź co bądź – chłodny wieczór.

Opowieści z krypty

A w krypcie, jak to w krypcie – ciemno i nie zawsze wszystko dobrze widać – wybaczcie. Za to mam nadzieję,  że udzieli Wam się nastrój tego miejsca, naprawdę jedynego w swoim rodzaju. A w drugim filmiku to nawet można zobaczyć… no właśnie – może to nie jest najlepszy „materiał” na marketing, więc zainteresowanych po prostu zachęcam do oglądnięcia.

Z tym wpisem na blogu jesteśmy już trochę spóźnieni, ale może dzięki temu przed Świętami przedłużymy jeszcze niektórym listopadowe zamyślenie. Tym razem – z dreszczykiem.

I kolejny filmik, tym razem już lepiej oświetlony. Przy okazji zachęcam do odwiedzenia położonego w obrębie Starego Miasta, choć rzadko odwiedzanego przez turystów kościoła ojców reformatów pod wezwaniem św. Kazimierza Królewicza. Kryje on w sobie wiele tajemnic, o których być może jeszcze opowiem na blogu, póki co wspomnę tylko, że znajduje się tutaj cudowny obraz tzw. Chrystusa w studni (typowa dla średniowiecza kompozycja religijna przedstawiająca Zmartwychwstałego w towarzystwie Matki Boskiej), obraz otoczony wieloma wotami, słynący cudami. Ponoć w XVIII wieku w czasie straszliwej zarazy szalejącej w Krakowie Chrystus z tego wizerunku razu jednego odmawiał litanię wraz ze zgromadzonymi w kaplicy zakonnikami, na koniec zaś powiedział: „Dosyć” i epidemia ustała…

W kamiennym ogrodzie na Kanoniczej

Wszechobecny, niemilknący szum wokół Sukiennic udostępnionych tam niedawno wystaw przesłania nieco inne, z pewnością nie mniej ciekawe muzea, które także ukazują nowe oblicza. Dziś zapraszam do Pałacu Biskupa Erazma Ciołka przy Kanoniczej, gdzie od 2007 roku można zwiedzać wspaniałe kolekcje ikon oraz sztuki dawnej Polski włącznie z dziełami Wita Stwosza i ze słynną Madonna z Krużlowej, którą być może pamiętacie jeszcze ze szkoły. Ale ostatnio w piwnicach u Ciołka pojawiła się nowa wystawa, zatytułowana „Kraków na wyciągniecie ręki”. Jest to ogromna kolekcja gromadzonych całymi latami przez Muzeum Narodowe odlewów gipsowych rzeźby architektonicznej związanej z Krakowem i nie tylko, jest to też prawdziwe lapidarium, mieszczące autentyczne fragmenty rzeźb i budowli z kamienia.

Kraków na wyciągnięcie ręki - wystawa

Suka ze szczeniętami, zwornik sklepienia na parterze Kamienicy Hetmańskiej w Krakowie

Czyli co: kupa kamieni i tyle? Spokojnie, to zdecydowanie coś więcej. Sama możliwość zobaczenia z bliska scen na co dzień gołym okiem niedostępnych, tajemniczych i ukrytych, jak choćby frywolne i śmiałe sceny zdobiące podniebne partie prezbiterium Bazyliki Mariackiej (któż by po tej dostojnej świątyni spodziewał się kolekcji piekielnych bestii zajadających dusze grzeszne a nawet Filis ujeżdżającej Arystotelesa… ?) jest nie lada gratką. Fascynujące są sceny zdobiące zworniki Kamienicy Hetmańskiej czy Katedry Wawelskiej. W tej pierwszej kupujemy książki – wszak tamtejsza księgarnia bardzo dobrze zaopatrzona, ale rzadko przyglądamy się gotyckiemu sufitowi, w tej drugiej bez lornetki musimy zazwyczaj brać na wiarę słowa przewodnika. Dzięki wystawie te i inne zaskakujące detale architektoniczne sprzed setek lat stają się faktycznie dostępne „na wyciągnięcie ręki”. Od niezwykłych scen przestaje dzielic nas odległość, niewygodne dla widza usytuowanie, ściana, brak światła, inny obiekt, który wszystko, co interesujące zasłania czy wreszcie brak wiedzy na temat tych arcyciekawych przedmiotów, znajdujących się nieraz zupełnie blisko, ale – całkiem niesłusznie – poza kręgiem zainteresowania.


W kamiennym ogrodzie koronkowej średniowiecznej symboliki, gdzie nic nie dzieje się przypadkiem, słuchając w tle specjalnie na potrzeby wystawy skomponowanej muzyki kamieni (odsyłam do drugiego filmiku, tego pod wpisem) naprawdę doznamy niejednego zaskoczenia, znajdziemy nawet swastykę – prastary symbol solarny, bezpardonowo zawłaszczony przez nazistów. Będą bestie i smoki, dzikie zwierzęta, świeci i królowie. Miniony świat zaklęty w kamieniu na zawsze, dostępny dla wtajemniczonych, a o to wtajemniczenie nie trudno – wystawa czeka zaraz u stóp Wawelu…

Podziemny Rynek – mały suplement

Nie macie jeszcze dosyć filmików o podziemnym muzeum? A, może nie widzieliście ich jeszcze – w takim razie zachęcam do zapoznania się z poprzednimi wpisami i filmikami, a następnie zapraszam na krótką dodatkową (nieco gorzkawą) refleksję przy mojej urodzinowej (słodzonej) herbatce w Chimierze. No i nie obiecuję, że to już zupełnie ostatni filmik o tej wystawie, nie mogę przewidzieć co i kiedy znowu mnie najdzie;)

Podziemny Rynek w Krakowie – wystawa

Koniecznie obejrzyjcie filmiki! One być może zachęcą Was jeszcze bardziej do wizyty pod płytą krakowskiego Rynku Głównego, bo niezależnie od wszystkiego warto zobaczyć tę unikatową w skali europejskiej wystawę. Ale ten blog nie jest po to, by bezkrytycznie opiewać wszystko, cokolwiek stanowi w Krakowie interesującą nowość. Zaliczywszy już kilka wizyt w krakowskich podziemiach mogę podzielić się nie tylko pochwałami (nagrywając filmik w obecności personelu muzealnego z którym wszak dobrze żyć trzeba, zdecydowanie łatwiej skupić się na pozytywach;)) ale i zastrzeżeniami.

Ale najpierw kilka pochwał:)

Z DNIEM 4.12.2010 ZOSTALIŚMY POPROSZENI O USUNIĘCIE OBU FILMIKÓW O WYSTAWIE PODZIEMNEJ Z BLOGA, JAKO ŻE ZGODNIE Z OBECNIE OBOWIĄZUJĄCYM REGULAMINEM WYSTAWY, FILMOWANIE (W PRZECIWIEŃSTWIE DO FOTOGRAFOWANIA) JEST TAM ZABRONIONE. OCZYWIŚCIE Z REGULAMINAMI NIE MOŻNA POLEMIZOWAĆ;) MAMY NADZIEJĘ, ŻE KTO BYŁ ZAINTERESOWANY, ZDĄŻYŁ ZOBACZYĆ, OBECNIE OBA FILMIKI ZNAJDUJĄ SIĘ W NASZYCH PRYWATNYCH ZBIORACH NA WIECZNĄ RZECZY PAMIĄTKĘ:)

No tak, hologramy hologramami – z pewnością – podobnie jak ekran parowy czy inne jeszcze cudeńka są wabikiem dla spragnionych wrażeń. Tylko niestety momentami można odnieść wrażenie przerostu formy nad treścią, choćby właśnie ekspozycja hologramowa zdaje się być w tę treść zastanawiająco uboga. Niejeden sympatyczny gadżet, z pewnością kosztowny i zajmujący całkiem spora powierzchnię wystawienniczą robi wrażenie kiepsko zagospodarowanego. Owszem, to miłe, że na jednym z ekranów średniowieczny porządkowy z Rynku każe nam się wynosić;) oraz – że na ekranie stanowiącym tło dla bałwanów solnych i bochnów ołowiu jedzie zaprzęg i przemyka jeżyk, ale… czuć jednak patrząc na ten ekran spory niedosyt. Owszem – poczucie humoru się chwali – ale czy nie można było jeszcze jakoś tej fabuły urozmaicić, wzbogacić? Myślę, że wielu turystów patrząc na wóz i jeża li tylko może czuć niedosyt. Takich momentów jest więcej – można odnieść wrażenie, że to kosztowne ozdobniki stanowiące swego rodzaju sztukę dla sztuki – efekciarstwo na siłę z niedopracowaną treścią. Kolejnym tego przykładem jest multimedialna ruchoma makieta dawnego Krakowa, która chyba więcej zaciemnia niż wyjaśnia. Tak, czepiam się, wiem, ale takie moje prawo:)

Kolejny mankament, to nadmiar wrażeń dźwiękowych rozpraszający uwagę i chwilami uniemożliwiający (!) zrozumienie przewodnika, który jest dosłownie zagłuszany głosem lektora czytającego tam i z powrotem treść aktu lokacyjnego miasta Krakowa. Również nie bardzo rozumiem idei grającego w koło Macieju i to głośno hejnału. Owszem, niech się rozlega, ale czemu bez ustanku? Choć trzeba oddać sprawiedliwość, że głosy użytkowników Kramów Bogatych są inspirujące i mają s sobie „to coś”.

Wystawa została oddana zwiedzającym nie w pełni ukończona i każda wizyta przynosi coś nowego. Oczywiście w większości – w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Nowe ekran, nowe stanowiska interaktywne… Ale jakież było moje zaskoczenie, kiedy zauważyłam popękane (w drobny mak) szklane płyty, pod którymi prezentowane są piękne makiety i po których się chodzi. Czyżby któryś turysta miał wyjątkowo pancerne buty?

Mam też pewne uwagi co do kompozycji wystawy: „kapsuły czasu” prezentujące ciekawe filmiki o średniowiecznym Krakowie moim zdaniem powinny znajdować się nie przy końcu, a przy początku trasy (choć być może takie ich ulokowanie wynika z przyczyn technicznych). Przy końcu trasy znajdują się portrety królów „na wesoło” – no cóż, nieszczególnie mnie rozweseliły, zrobiły raczej wrażenie upchniętych tam „na doczepkę” i niedopracowanych jeśli chodzi o pomysł.

Wybaczcie narzekanie, ale myślę, że od wszechobecnych ochów i achów nad wystawą jest nam już nam wszystkim blisko do cukrzycy;) więc kilka krytycznych myśli przed wizytą pozwoli zobiektywizować podejście. A Wam jak się podoba wystawa? Czekam na komentarze!

Podziemny Rynek – mały zwiastun

Wczoraj każdy miłośnik Krakowa, chcąc nie chcąc, cały dzień musiał czuć się podekscytowany. A wszystko dzięki świadomości, że oto wieczorem otworzy się zupełnie nowy rozdział w dziejach miasta – otworzy się PODZIEMNY RYNEK.

Czekaliśmy na to z niepokojem przez kilka lat, śledziliśmy dyskusje i spory na temat koncepcji wystawy, prace archeologiczne, rewelacje o podziemnych grzybach… Wreszcie czas zakończyć dywagacje, bo oto stało się – największe na świecie podziemne muzeum, pod największym w Europie średniowiecznym Rynkiem już jest. Wczoraj wieczorem wspaniałe widowisko pełne muzyki i efektów specjalnych towarzyszyło uroczystemu otwarciu. Ludzi było co nie miara. Osobiście niestety nie mogłam brać udziału w uroczystości – oprowadzałam turystów i chyba po raz pierwszy z uczuciem żalu wyruszałam z nimi w trasę. Po jej zakończeniu, co koń wyskoczy pobiegłam zobaczyć choćby resztki wspaniałej uroczystości – powitała mnie już względna cisza – po zakończonym widowisku, tłumy przechodniów, także tych z bezpłatnymi wejściówkami, zmierzających by po raz pierwszy zobaczyć podziemną wystawę, podpinający się pod wielkie wydarzenie uliczni tancerze teatru ognia… i pięknie podświetlone Sukiennice, krążącymi po nocnym niebie snopami światła z reflektorów obwieszczające światu, że oto STAŁO SIĘ.

Podziemia Rynku Kraków

Podziemia Rynku Kraków

W najbliższych dniach, gdy przez wystawę przewali się już pierwsza, skłębiona fala zwiedzających, oczywiście zrobię dla Was filmik już stamtąd i opowiem o swoich wrażeniach. Nie mogę się doczekać! I wy oczekujcie!


Święto Ulicy Felicjanek, czyli ciemno wszędzie…

…głucho wszędzie… no, nie aż tak głucho. Coś tam słychać, choć tez niewiele. Zastanawiałam się, czy umieszczać ten filmik na blogu, bo był kręcony po ciemku i widać niewiele więcej, niż posępne, czarne oblicze majaczące w ciemnościach. Ale co tam – myślę sobie – dźwięk jest, klimat jest, a niech będzie!

Jestem wielka fanką inicjatyw kulturalnych aktywizujących lokalne społeczności, a ulica Felicjanek – ukryta, znana nielicznym fanom, tak nieodległa od historycznego centrum Krakowa – zasługuje na swoje 5 minut, no, może niecałe 3 minuty w moim filmiku;) Ulica ta jest mi bliska z jeszcze jednego powodu – nieopodal znajduje się liceum, do którego chodziłam przez długie cztery lata oraz klasztor sióstr felicjanek, gdzie zachodziłam prosić o wenę na klasówce i łaskawe spojrzenie kolegi ze starszej klasy. Sama zaś ulice Felicjanek odkryłam na nowo kilka lat temu, kiedy w urokliwej Cafe Szafe w romantycznej atmosferze wypiłam kawę siedząc we wnętrzu najprawdziwszej szafy. Do najnowszych odkryć zaliczę amerykańska księgarnię Massolit Books – po brzegi wypełniona książkami, pełną zakamarków typowych dla starej kamienicy, z kawą, ciastkiem, szelestem kartek wertowanych przez zaczytanych intelektualistów i, co ważne – z kącikiem zabaw dla dzieci. A zaraz obok – barokowy kościółek Bożego Miłosierdzia, urokliwy i tajemniczy.

Ulica zamieszkana jest przez grono architektów wnętrz – dzięki uprzejmości jednej z tych osób udało mi się zrobić fotografie z perspektywy innej niż ta przyziemna. Imprezę uważam za udaną – mimo niesprzyjającej aury koncerty przyciągały wielu przypadkowych przechodniów z okolicznych ulic, a dodatkowe atrakcje jak poczęstunek, konkursy i pokaz slajdów z ciekawym komentarzem nadały wydarzeniu rysów – jak to się dzisiaj mówi – eventu.

I tak skromna dotąd ulica Felicjanek, świadoma swoich atutów coraz wyraźniej odznacza się na mapie Krakowa. I bardzo dobrze – zwiedzający Kraków z pasją chętnie zaglądną i tutaj.

Sukiennice wreszcie otwarte!

Od 2007 roku Sukiennice wszystkim zwiedzającym Kraków niestety kojarzyły się przede wszystkim z nieestetycznymi rusztowaniami i zazwyczaj estetycznymi – aczkolwiek drogimi – pamiątkami sprzedawanymi w kramach na parterze budynku. O galerii malarstwa nawet niektórzy mieszkańcy Krakowa zdążyli już niestety zapomnieć. O tym, że w Sukiennicach coś się cały czas dzieje, przypominał dźwięk wysypywanego stamtąd za pomocą specjalnego urządzenia gruzu (zawsze wtedy zastanawiałam się jak jeden budynek mógł tyle go pomieścić), zmiany w konfiguracji rusztowań oraz nierzadko – majestatyczny dźwig górujący nad całym Rynkiem Głównym…

Sukiennice w trakcie remontu

I wreszcie stało się – 3 września oficjalnie (i z wielką pompą) otwarto odnowioną Galerię Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach. Stęsknione za Krakowem obrazy powróciły z Zamku w podkrakowskich Niepołomicach, gdzie rezydowały w czasie renowacji obiektu. Czy trudno im było poznać swoją starą siedzibę? Chyba nie, gdyż same sale ekspozycyjne nie uświadczyły rewolucyjnych zmian, poza samą nowa koncepcją ekspozycji i nowym scenariuszem wystawy opartym o najnowsze badania. Oczywiście inne nowości też są – nowoczesna technika zabarwiona szczypta humoru wkroczyła w szacowne wnętrza i tchnęła w nie nowe życie. Ale nowości wprowadzone są w sposób subtelny, cały czas w salach Sukiennic niepodzielnie rządzi malarstwo takich artystów jak Henryk Siemiradzki, Jan Matejko, Jacek Malczewski, Piotr Michałowski, Józef Chełmoński, Adam Chmielowski (czyli św. Brat Albert) i wielu innych. Nie wszyscy lubią Matejkę, nie wszystkie obrazy wszystkim muszą się podobać, ale każdy znajdzie coś dla siebie, poza tym w zwiedzaniu ekspozycji malarskich nie chodzi tylko o zachwyty. Krytyczne oko tez trzeba umieć w sobie wyrobić, a nie jest to możliwe inaczej, jak tylko przez praktykowanie.

A oto moje subiektywne wrażenia z pierwszej wizyty w odnowionych Sukiennicach:

Co ważne, w Sukiennicach znajdują się nowoczesne mniejsze ekspozycje towarzyszące, takie jak sala multimedialna i edukacyjna, które są absolutna nowością. Wielka popularnością cieszą się rzecz jasna tarasy widokowe na półpiętrze – po raz pierwszy w historii Sukiennic udostępnione publiczności – oraz kawiarnia „Szał”. Tędy własnie prowadzi droga do kawiarni:

Kawiarnia "Szał" w Sukiennicach

Dzięki wizycie na jednym z tarasów widokowych, nawet na samego wieszcza narodowego – Adama Mickiewicza – można choć przez chwilę spojrzeć z góry;)

Pomnik Mickiewicza