10 kwietnia 2010 – subiektywnie

10 kwietnia 2010 – subiektywnie

W porannym programie informacyjnym trwała transmisja  z ostatnich przygotowań do uroczystości katyńskich. W pewnym momencie jeden z prowadzących powiedział nawet, że prezydent jest już na miejscu… Po włączeniu telewizora jakieś dwie godziny później trudno było uwierzyć w prawdziwość treści przesuwających się gorączkowo w czarnym pasie w dole ekranu.

Tej soboty Kraków zareagował jakby z pewnym opóźnieniem. Do ludzi powoli docierały rozmiary katastrofy, a może to wynik mechanizmu psychologicznego – wypierania? Byłam umówiona na terenie Galerii Krakowskiej – tam też się udałam, choć spóźniona – trudno było oderwać oczy od telewizyjnych wiadomości, zwłaszcza, kiedy dowiedziałam się, że zginął ktoś znany mi osobiście, kto w liceum uczył mnie historii.

Wielkie centrum handlowe -jak to w sobotę – tętniło życiem. Mnóstwo ludzi przemierza wielkie przestrzenie w tę i tamtą stronę, może właśnie przybyli z dworca, przyjechali na zakupy lub na wycieczkę… Kawiarnie wypełnione po brzegi, w sklepach mrowie ludzi, rozmawiają, śmieją się, życie jakby toczy się bez zmian. Może jeszcze nie wiedzą?

Z biegiem dnia atmosfera zaczyna się zagęszczać. Słychać na ulicy coraz więcej rozmów „na temat”. I w końcu okazuje się, że zaobserwowana wczesnym popołudniem obojętność była tylko pozorna. W Katedrze Wawelskiej msza za ofiary tragedii. Udało się zaimprowizować wielkie zgromadzenie, wiedzione na Wawel potrzebą chwili, potrzebą wspólnego wzięcia udziału w czymś ważnym, dramatycznym. Także potrzebą modlitwy. Na Wzgórzu Wawelskim tłumy, ale i tak tu i ówdzie skinieniem pozdrawiam znajoma postać. Tym razem bez uśmiechu na twarzy.

Kolporterzy rozdaja specjalne wydanie Gazety Krakowskiej. Chylacy się ku wieczorowi Kraków pomału rozpromienia się blaskiem zniczy.

Po zakończonej uroczystości można wejść jeszcze do Katedry. Atmosfera nadal gęstnieje. To miejsce – świadek najważniejszych wydarzeń z historii Polski, pamiętające koronacje i pogrzeby, niewole i chwałę, tego wieczoru spokojne, wyciszone przygarnia krakowian by raz jeszcze dodać im otuchy i swojego mistycznego spokoju. A może te mury już wiedzą, że za tydzień przygarną i samego Prezydenta…

Od z góra 600 lat Powiernik królów i zwykłych ludzi, owiany legendą, otoczony czcią, ozdobiony niezwykłymi wotami – Czarny Krucyfiks zwany Krucyfiksem św. Jadwigi – nadzieja w czasach trwogi. Niesamowite wrażenie robi fakt, ze i tym razem, w czasach racjonalizmu i polegania tylko na sobie, znowu kolana masowo i spontanicznie uginają się przed Nim. Jak przed wiekami. Krucyfiks jest czarny, ale wydaje się, jakby z tej czerni biło światło.

„A noc jak dzień zajaśnieje” (Psalm 139)

Póki co, noc zajaśniała światłem zniczy, ale zajaśniała też prawdą o tamtych wydarzeniach sprzed 70 lat, prawdą, która na zawsze zmiotła „założycielskie kłamstwo komunizmu w Polsce” – jak mówią historycy. Kłamstwo katyńskie, które przez dziesięciolecia stało u podstaw ideologii opartej na „polsko-radzieckiej przyjaźni”.

W złu katastrofy tli się dobro. Chwilowo przyczajone, nakryte żałobnym kirem, onieśmielone cierpieniem rodzin ofiar, ale ono tam jest. Niech Bóg sprawi, żeby przyniosło owoce.